wtorek, 5 maja 2026

Edukacji regionalnej nie będzie

Jako osoba, która od 20 lat organizuje dla uczniów konkursy wiedzy regionalnej i zajmuje się edukacją regionalną w praktyce, postanowiłem również odnieść się do tego tematu.
Może się mylę, ale edukacji regionalnej w naszym regionie szybko nie będzie. W tym temacie próbowano coś zrobić na początku XXI wieku, ale później — zwłaszcza po upadku gimnazjów — to porzucono. Wydaje mi się, że ma to związek ze wzrostem nastrojów prawicowo-nacjonalistycznych, którym do pewnego stopnia ulega również obecnie rządząca koalicja. O ile nawet bez wsparcia ministerstwa edukacji z regionalizmem na ziemiach od zawsze polskich problemu nie ma, to tzw. „Ziemie Odzyskane” nastręczają wiele trudności.
Owszem, można byłoby wrócić do opowieści rodem z PRL-u o „bojownikach o polskość Warmii i Mazur”, ale to dzisiaj już nie przejdzie — słusznie zostało wyśmiane i wyszydzone. Poza tym ci działacze mazurscy i warmińscy, którzy przeżyli wojnę lub urodzili się po niej, według funkcjonariuszy „policji historycznej” (IPN-u) kolaborowali z komunistami, więc nie są żadnymi bojownikami o polskość. Wobec tego lepiej jest na temat lokalnej historii w szkołach milczeć, bo gdzie się jej nie tknąć, wychodzą ci „wstrętni Niemcy” — i to o dziwo nie zawsze w negatywnym kontekście.
Nie da się już kontynuować opowieści o Mazurach, którzy byli Polakami i tęsknili za Polską. Prawdziwa historia Mazur jest dla nacjonalistów o wiele trudniejsza do przyjęcia niż historia Warmii, gdzie polskości przed 1945 rokiem było trochę więcej.
Jako praktyk edukacji regionalnej, którą — można by tak rzec — prowadzę od lat po partyzancku, stwierdzam, że jest na nią wśród uczniów zapotrzebowanie. O ile zainteresowanie historią systematycznie w szkołach spada, to historia, zwłaszcza swoich miejscowości, jest czymś, co jeszcze przyciąga uwagę. Na przykład co roku zabieram uczniów do kościoła ewangelickiego w Szczytnie, gdzie opowiadam o historii budynku, a pastor o zasadach protestantyzmu. Jest to takie przedłużenie lekcji o reformacji. Uczniowie — nawet ci niezainteresowani historią — są zadowoleni, a rodzice zdarza się, że dziękują za taką lekcję. Znam też uczniów szkół średnich, którzy myślą, że ten kiedyś najważniejszy w mieście kościół i najstarszy w całości zachowany zabytek jest opuszczony.
Historię regionalną lubią też zazwyczaj nauczyciele. Problem mają z nią tylko politycy i często samorządowcy. Prawicowi — bo nie lubią Niemców, pozostali — bo nie chcą być o proniemieckość posądzeni i na wszelki wypadek wolą być ostrożni. Warto tu zwrócić uwagę na to, co o Mazurach w swojej ostatniej książce („Dawne i nowe Mazury w 250 ilustrowanych opowieściach”) pisze Waldemar Mierzwa. W kontekście tu poruszanym znamienna jest historia z upamiętnieniem Erwina Kruka w Olsztynie. W zasadzie zgadzam się z niewypowiedzianą, a dającą się wyczuć tezą W. Mierzwy, że my historii Mazurów nie potrzebujemy. Nam wystarczą lasy i już praktycznie ogrodzone oraz zabudowane domkami letniskowymi jeziora.
O tym, że problem istnieje, pokazuje chociażby wymyślona przez lokalny PiS afera z rzekomymi planami odbudowy pomnika-fontanny Bismarcka w Szczytnie. Do tego kłamstwa dołączył były minister edukacji narodowej Przemysław Czarnek, który w Szczytnie stwierdził, że jego mieszkańców trzeba repolonizować. Nikomu nie przeszkadzało kłamstwo, a przede wszystkim to, że Bismarck jest obecnie w Niemczech postacią kontrowersyjną i na pewno nie cieszy się żadnym kultem. My, z tą pruską-niemiecką przeszłością, dla kogoś z Lubelszczyzny jesteśmy naprawdę podejrzani. Ta historia — przynajmniej niektórych z nas — zmieniła. To, że jesteśmy inni, czuję szczególnie mocno, gdy biorę udział w spotkaniach w miastach na sąsiednim Mazowszu.
My nie mamy — poza tymi nieszczęsnymi „bojownikami o polskość” — praktycznie żadnych pozytywnych polskich odniesień historycznych. U nas nie było legionów itd. My mieliśmy strzelców, Wehrmacht, a po wojnie w szczycieńskich koszarach stacjonowali Sowieci, później KBW, a następnie mieściła się tam szkoła oficerska Milicji Obywatelskiej. Historia powojennych polskich dokonań na tych ziemiach jest niestety przygnębiająca.
Z wagi historii regionalnej świetnie zdawali sobie sprawę Niemcy. W okresie międzywojennym Tiska wraz z Kuschelem — nauczycielem rysunku z Gimnazjum Hindenburga — opracowali mapę ścienną powiatu szczycieńskiego z zaznaczonymi na niej wszystkimi znanymi stanowiskami archeologicznymi, podzielonymi na rodzaje i epoki. Była to pomoc szkolna, która trafiła do wszystkich szkół powiatu. Sam Tiska był później nazistą, a ówczesna edukacja regionalna również potrafiła fałszować historię. Jeżeli my też mielibyśmy przedstawiać uczniom jej zafałszowaną wersję, to już lepiej darujmy sobie tę edukację regionalną. Bez świadomości tego, czy Pasym leży na Warmii czy na Mazurach, można żyć. Ważne jest też to, że wiemy, iż Kopernik nie był kobietą — po co więc mieszać uczniom w głowach i tłumaczyć, kim naprawdę był?
Nie da się bez edukacji regionalnej stworzyć świadomego, odpowiedzialnego i lubiącego swój region społeczeństwa. Nasz region się wyludnia i pewnie nic tego nie zatrzyma. Czasem myślę, że niedługo będzie tu więcej Warszawiaków niż miejscowych — we wsiach nad jeziorami już pewnie jest ich więcej. Ci Warszawiacy uwielbiają nauczać nas, miejscowych „dzikich”, jak powinno się żyć na Mazurach i jaka była historia tych ziem…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz