Chyba wszystkie delegatury IPN publikują ostatnio apele o przekazywanie prywatnych pamiątek. Jednak delegatura olsztyńska przygotowała – moim zdaniem – najbardziej demagogiczną wersję takiego apelu. Rozpoczyna go od przypomnienia aukcji, na której sprzedawano pamiątki z obozów koncentracyjnych. Tymczasem sam apel nie dotyczy tego typu przedmiotów, lecz w zasadzie wszelkich pamiątek rodzinnych, takich jak zdjęcia, listy, dzienniki czy legitymacje. O ile taki apel można by – z dużymi zastrzeżeniami – zrozumieć i zaakceptować w kontekście pamiątek związanych z obozami koncentracyjnymi, o tyle bardzo niepokojące jest jego rozszerzanie na pamiątki niemal współczesne, dotyczące na przykład życia codziennego w PRL-u.
https://odkrywca.pl/czy-mozna-handlowac-pamiatkami-z-obozow-koncentracyjnych-i-innych-obozow/?utm_source=chatgpt.com
W olsztyńskiej wersji czytamy: „To moment, który skłania do refleksji: czym dla nas jest pamięć historyczna? Czy może stać się towarem? Czy przeszłość powinna trafiać w prywatne ręce, gdzie znika z pola widzenia badaczy, edukatorów i społeczeństwa?”.
Jak traktować takie stwierdzenia? Odbieram je jako przejaw wywyższania się oraz deprecjonowania roli kolekcjonerstwa, które w Polsce coraz częściej – między innymi za sprawą takich instytucji jak IPN – przedstawiane jest jako zagrożenie dla dziedzictwa. Niekiedy towarzyszą temu kontrowersyjne, a wręcz absurdalne działania służb i instytucji publicznych. Wszystko to odbywa się pod płaszczykiem działań prowadzonych w szlachetnym celu i opiera się na fakcie, że większość społeczeństwa nie orientuje się w stanie faktycznym i zazwyczaj opowiada się po stronie tych, którzy mają łatwiejszy dostęp do mediów. Tego typu apele i działania są, delikatnie mówiąc, niekulturalne. Stanowią wyraz samozadowolenia, oderwania od rzeczywistości, a w istocie – braku profesjonalizmu.
Można by długo pisać o roli kolekcjonerstwa w ratowaniu i opracowywaniu pamiątek przeszłości oraz o tym, jak rynek wpływa na ich zachowanie. Warto dodać, że – w odróżnieniu od budzącej kontrowersje i bardzo kosztownej dla społeczeństwa działalności IPN-u – aktywność prywatnych kolekcjonerów nic społeczeństwa nie kosztuje, a przynosi wymierne korzyści. Powstają opracowania, często bardzo cenne pod względem historycznym zbiory, które są prezentowane na wystawach i udostępniane badaczom. Owszem, istnieje grupa historyków, która nie potrafi do tych zbiorów dotrzeć, ale to raczej świadczy o ich ograniczeniach niż o problemie samych kolekcji.
Zastanawiające jest również to, że wiele osób nie chce przekazywać pamiątek do zbiorów publicznych i woli oddać je (nie sprzedać) prywatnym kolekcjonerom. Część z nich – moim zdaniem często niesłusznie – bardzo krytycznie ocenia muzea i inne instytucje państwowe. Być może właśnie te instytucje powinny to przemyśleć i popracować nad swoim wizerunkiem, zamiast popadać w samouwielbienie. Z pewnością nie powinny też formułować apeli w tak aroganckim tonie.
https://odkrywca.pl/czy-mozna-handlowac-pamiatkami-z-obozow-koncentracyjnych-i-innych-obozow/?utm_source=chatgpt.com
W olsztyńskiej wersji czytamy: „To moment, który skłania do refleksji: czym dla nas jest pamięć historyczna? Czy może stać się towarem? Czy przeszłość powinna trafiać w prywatne ręce, gdzie znika z pola widzenia badaczy, edukatorów i społeczeństwa?”.
Jak traktować takie stwierdzenia? Odbieram je jako przejaw wywyższania się oraz deprecjonowania roli kolekcjonerstwa, które w Polsce coraz częściej – między innymi za sprawą takich instytucji jak IPN – przedstawiane jest jako zagrożenie dla dziedzictwa. Niekiedy towarzyszą temu kontrowersyjne, a wręcz absurdalne działania służb i instytucji publicznych. Wszystko to odbywa się pod płaszczykiem działań prowadzonych w szlachetnym celu i opiera się na fakcie, że większość społeczeństwa nie orientuje się w stanie faktycznym i zazwyczaj opowiada się po stronie tych, którzy mają łatwiejszy dostęp do mediów. Tego typu apele i działania są, delikatnie mówiąc, niekulturalne. Stanowią wyraz samozadowolenia, oderwania od rzeczywistości, a w istocie – braku profesjonalizmu.
Można by długo pisać o roli kolekcjonerstwa w ratowaniu i opracowywaniu pamiątek przeszłości oraz o tym, jak rynek wpływa na ich zachowanie. Warto dodać, że – w odróżnieniu od budzącej kontrowersje i bardzo kosztownej dla społeczeństwa działalności IPN-u – aktywność prywatnych kolekcjonerów nic społeczeństwa nie kosztuje, a przynosi wymierne korzyści. Powstają opracowania, często bardzo cenne pod względem historycznym zbiory, które są prezentowane na wystawach i udostępniane badaczom. Owszem, istnieje grupa historyków, która nie potrafi do tych zbiorów dotrzeć, ale to raczej świadczy o ich ograniczeniach niż o problemie samych kolekcji.
Zastanawiające jest również to, że wiele osób nie chce przekazywać pamiątek do zbiorów publicznych i woli oddać je (nie sprzedać) prywatnym kolekcjonerom. Część z nich – moim zdaniem często niesłusznie – bardzo krytycznie ocenia muzea i inne instytucje państwowe. Być może właśnie te instytucje powinny to przemyśleć i popracować nad swoim wizerunkiem, zamiast popadać w samouwielbienie. Z pewnością nie powinny też formułować apeli w tak aroganckim tonie.
Pierwotna wersia apelu IPN-u:

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz