czwartek, 15 października 2026

Mazurskie ślady w Szczytnie i okolicach

Poproszono mnie, bym opowiedział wczoraj o mazurskich śladach w Szczytnie i okolicach. Początkowo pomyślałem, że to dziwne, iż na Mazurach ktoś, czyli tym razem ja, będzie szukał mazurskich śladów. Po chwili uświadomiłem sobie jednak, że to ma sens.
Przecież Mazurów jest na Mazurach coraz mniej. Mieszkańcy regionu w zdecydowanej większości nie znają jego historii, nie wiedzą, kim byli Mazurzy. Część sądzi, że byli Polakami, inni uważają, że Niemcami, a pewnie większości nie obchodzi, kim byli.
Mazurów już prawie nie ma. Ci, którzy pozostali, są taką rzadkością, że faktycznie trzeba ich szukać. Czasem trzeba też szukać śladów, które po sobie pozostawili.
Mazury to mazurski krajobraz. To często położone nad jeziorami wioski, harmonijnie wkomponowane w rolniczo-leśne otoczenie. Tego krajobrazu już prawie nie ma. Zniszczyła go nowoczesność, nowe materiały budowlane i polski chaos, czyli brak planowania przestrzennego oraz nadzoru nad tym, co, jak i gdzie się buduje.
Przykładem niech będzie Szczycionek, założony w 1860 roku — leśna osada nad jeziorem o tej samej nazwie. Początkowo stały tu drewniane budynki, ale po pożarze w 1906 roku wieś odbudowano, wykorzystując już nie drewno, lecz czerwoną cegłę. Pamiętam, jak te ceglane budynki idealnie komponowały się z krajobrazem i odbijały w tafli jeziora. Obecnie Szczycionek to osiedle domków letniskowych i pseudowilli.

Szczycionek

Do końca XX wieku można było na Mazurach zobaczyć jeszcze drewniane chałupy kryte strzechą. Ale nie tylko one znikały z krajobrazu. Znikają również ceglane i kamienne budynki. Rozpadają się albo są modernizowane. Na szczęście w ostatnich latach pojawili się architekci projektujący budynki nawiązujące do dawnej architektury mazurskiej.

Niedźwiedzie. Rok 1999. 

Dla mnie wyspami mazurskości są mazurskie cmentarze, ale i one powoli znikają. Dawniej systematycznie niszczone, dziś są pochłaniane przez przyrodę — przynajmniej to, co z nich pozostało. Cmentarz ewangelicki w Szczytnie został w latach 80. XX wieku, z inicjatywy ówczesnego naczelnika miasta, zrównany z ziemią przy użyciu spychaczy. W okolicach Szczytna wiejskie cmentarze przekształca się w komunalne. Trzeba jednak zaznaczyć, że w ostatnich latach pojawiła się moda na porządkowanie starych cmentarzy i obejmowanie opieką tego, co jeszcze z nich zostało.

W Wilamowie koło Rozóg, na cmentarzu ewangelickim, znajdują się wyjątkowe nagrobki 
z inskrypcjami zapisanymi gwarą mazurską.

Wyjątkowymi śladami mazurskości są pamiątki po Bogumile Gottliebie Leyku, bojowniku o polskość Mazur — piszę to ironicznie, a nawet sarkastycznie. Prowadził on zakład kamieniarski, w którym wykonywano nagrobki. Był także kaznodzieją gromadkarskim, nauczającym w języku polskim, oraz działaczem propolskim.
Wykonane przez niego nagrobki, poza jednym czy dwoma wyjątkami, są zdewastowane. Aby zobaczyć zachowany nagrobek jego autorstwa, trzeba wybrać się aż do Spychowa
Jego syn Fryderyk, również działacz propolski, jest patronem jednej z ważniejszych ulic w Szczytnie. W zasadzie ojciec i syn patronują jej na przemian. Ulica ta nosiła dawniej nazwę Bartna Strona B, a później — ulicy Strzelców. Piszę o tym naprzemiennym patronowaniu, ponieważ można spotkać się z oznakowaniem sugerującym, że patronem ulicy jest również Bogumił Leyk.


Niedawno pewna szczycieńska radna, wielka obrończyni polskości Szczytna, powoływała się na największego bojownika o polskość Mazur, pochodzącego z Wawroch i mającego również swoją ulicę w Szczytnie — Bogumiła Linkę. Niestety, nie potrafiła nawet poprawnie przytoczyć jego nazwiska.
Trzeba zaznaczyć, że swoistą krzywdę działaczom propolskim i promazurskim wyrządzali, a czasem nadal wyrządzają, politycy. Nie wchodząc w szczegóły, można powiedzieć, że wykorzystuje się ich jako symbole polskości Mazur, nie dając w zamian Mazurom właściwie nic. Celował w tym PRL, ale to zjawisko możemy obserwować również dzisiaj.
Dodatkowo mazurscy działacze, którzy w okresie PRL-u próbowali robić coś dla przetrwania Mazurów na Mazurach, są dziś, nie bez racji, oskarżani o kolaborację z komunistami.

Szczytno, ulica 1 Maja, lata 60. XX wieku. 
Na zdjęciu w pierwszym szeregu znajduje się Fryderyk Leyk.

Śladami po Mazurach są bez wątpienia pozostałości dawnych gospodarstw spalonych w 1945 roku. Zazwyczaj są to fundamenty, czasem schody, a także charakterystyczna roślinność: lipy, klony czy zdziczałe drzewka owocowe. Jadłem jeszcze papierówki z takich zniszczonych, porośniętych lasem gospodarstw. Czasem w ich pobliżu znajduje się mogiła — pozostałość dramatu, który rozegrał się w styczniu 1945 roku.


Najbardziej oczywistymi śladami po Mazurach są nazwy miejscowości oraz różnych obiektów i miejsc: lasów, łąk, rzek i jezior. Niektóre z tych nazw mają jeszcze pochodzenie bałtyjskie, wywodzą się bowiem od nazw używanych przez plemiona pruskie.
Zatrzymajmy się przy nazwie Szczytno, która jest starsza od niemieckiej nazwy Ortelsburg. Publikując na Facebooku, byłem wielokrotnie atakowany przez Polaków i potomków niemieckich mieszkańców miasta za używanie nazwy Szczytno w odniesieniu do czasów sprzed 1945 roku. A przecież polska nazwa była obecna w mieście również w okresie nazistowskim. Co więcej, w XIX wieku w wydawanym w Szczytnie tygodniku urzędowym oficjalne ogłoszenia publikowano także w języku polskim i oczywiście z polską nazwą miasta.
Jeszcze na początku XX wieku mazurskie nazwy nosiły różne uroczyska, lasy i bagna. Sądzę, że warto byłoby przywracać je na współczesnych mapach, aby zachować związane z nimi okruchy mazurskiej historii.
Pomiędzy Szczytnem a Rudką znajduje się las dawniej nazywany Borken. Natomiast na zachód od Jabłonki rośnie niewielki las Gmyrren. Po wojnie określano go jeszcze jako Gmyry. Takie nazwy pobudzają wyobraźnię i czasem inspirują do poszukiwania informacji o tym, co się za nimi kryje.
Mimo wszystko na Mazurach wciąż można znaleźć mazurskie domy, choć są już wielką rzadkością. Niedawno odwiedziłem pewną Mazurkę mieszkającą w Szczytnie, na Bartnej Stronie. Na ścianach jej domu zobaczyłem dwie grafiki autorstwa Roberta Budzińskiego, najsłynniejszego artysty mazurskiego pochodzenia. Zostały kupione jeszcze w przedwojennym Szczytnie.
Wyjątkowym świadectwem obecności Mazurów są mazurskie, ewangelickie świątynie. Nie tylko te nadal czynne, ale również te przejęte, zazwyczaj siłą, przez katolików. Do dzisiejszego dnia zachowują one pewne ewangelickie elementy wystroju.


Jeżeli jest się wrażliwym na historię, ślady mazurskości można dostrzec na Mazurach bardzo często. Sądzę, że jako społeczeństwo żyjące na tych ziemiach znacząco różnimy się od mieszkańców chociażby północnego Mazowsza, z którego w sporej części przecież pochodzimy. Wynika to z oderwania od regionów i miejsc, w których nasi przodkowie żyli od pokoleń, oraz z wymieszania się różnych kultur i tradycji.
Bez wątpienia Mazurzy pozostawili jakiś ślad w każdym stałym mieszkańcu Mazur, nawet jeśli nie jest on tego świadomy i niewiele go to obchodzi.
Mazurskość, poprzez swoje silne związki z niemieckością, a wcześniej pruskością, wcale nie jest łatwa do zaakceptowania przez Polaków. Nie wszystko na Mazurach, gdy żyli tu Mazurzy, było dobre. Czasem było wręcz odwrotnie. W latach 30. XX wieku Mazurzy masowo popierali czyste zło, a jednocześnie paradoksem jest to, że wielu z nich, choć je popierało, złymi ludźmi nie było. Historia Mazurów to pół tysiąca lat.
Teraz, gdy Mazurów prawie już w regionie nie ma, gdy działalność społeczna nie jest ograniczana przez polityków i urzędników, a coraz więcej osób zaczyna interesować się mazurskością, powinniśmy uważać, by nie robić z Mazurów na siłę Polaków.
W XX wieku Mazurzy, nawet jeśli mówili po polsku, mieli więcej wspólnego z Niemcami niż z Polakami. Wcześniej uważali się za Prusaków. Owszem, byli nieliczni Mazurzy, którzy uważali, że bliżej im do Polaków, ale i to nie było pozbawione zastrzeżeń. Po prostu zrozumieli, że aby zachować mazurskość, muszą wybierać między mniejszym a większym złem, między niemieckim a polskim nacjonalizmem.
Mazurzy już nie wrócą. Pewien etap historii tych ziem dobiegł końca. Póki co żyjemy w czasach dobrobytu i nowoczesności. Budowane są nowe drogi, domy i osiedla. Stare budynki są modernizowane. Latamy z Mazur samolotami — z Olsztyna na Mazurach… — ale gdzieś tam, w lesie, tuż za ogrodzeniem lotniska w Szymanach, można natknąć się na ślady dawnych mieszkańców regionu.
Z upływem czasu ślady te będą zanikać, ale nigdy zupełnie nie znikną.
A skoro mowa o lotnisku, to obok nowego zachowały się pozostałości niemieckiego lotniska wojskowego, z którego we wrześniu 1939 roku atakowano Polskę.
Ponad 20 lat temu nieżyjąca już Mazurka z Sasku Małego opowiadała mi, że wszystkie dziewczyny z okolicznych wsi kochały się wówczas w niemieckich lotnikach — przecież swoich. Lotnikami zostawali również Mazurzy.
Ta sama kobieta, płacząc, mówiła mi, że jej wnuki mieszkające w Niemczech nie chcą przyjeżdżać na Mazury. Wolą spędzać wakacje w atrakcyjniejszych miejscach.
Poznawajmy historię Mazur, szukajmy śladów Mazurów i utrwalajmy je. Nie róbmy jednak z Mazurów na siłę Polaków i nie wybierajmy sobie z ich historii tylko tego, co nam odpowiada. Niektórzy, zafascynowani tą krainą, mają niestety taką tendencję.

Lotnisko w Szymanach za czasów niemieckich. 
To właśnie w tych lotnikach podkochiwały się okoliczne mazurskie dziewczyny.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz